Pociąg kampanii prezydenckiej w USA jedzie już pełną parą, coraz częściej pojawiają się wyniki coraz to nowych prawyborów z różnych stanów. A o "Ron Paul Revolution" ani słowa.
Bo to niestety jest rewolucja, która nigdy nie zaistnieje. Człowiekowi i jego kampanii należą się pokłony, pomniki, dozgonna wdzięczność, ale niestety wygrać on nie ma możliwości.
Los świata wisi na włosku, ważyć się będzie w ciągu jednego-dwóch najbliższych dziesięcioleci. Serio. Jeśli ktoś nie wierzy, to radzę poczytać analizy Huntingtona w tym zakresie. Przekonujące.
Aby odwołać stan permanentnego, od pewnego czasu, kryzysy światowego, należałoby dokonać znaczących zmian w świadomości społecznej. Ale to jest niemożliwe w sytuacji, gdy panujące nad nami instytucje utrwalają wizję świata opętanego globalną wojną z wirtualnym terroryzmem. Tak, uważam, że terroryzm jest wirtualny - to znaczy, że może być przedefiniowany ze względu na okoliczności definiowania. A w jakich okolicznościach jest definiowany?
Nasz świat jest ułomny. I to my takim go uczyniliśmy. Obecnie nie dysponujemy żadnym skutecznym systemem regulowania stostunków pomiędzy wielkimi aktorami takimi, jak państwa, subcywilizacje czy cywilizacje; są pewne elementy "wielkiego" życia społecznego, które umykają jakiejkolwiek władzy i żyją sobie spokojnie kierując się tylko i wyłącznie własnymi zasadami. Mam tu na myśli na przykład megakorporacje, międzynarodowe organizacje przestępcze ale także (o zgroza, stawiam ich w jednym szeregu z nimi) mocarstwa, które są na tyle silne, aby pozwolić sobie na nawiązywanie i przestrzeganie jedynie tych umów międzynarodowych, które im nie szkodzą. Dość powiedzieć, że USA nie zezwalają na ekstradycję swoich obywateli do żadnego państwa chociażby ci popełnili największą zbrodnię a Chiny mają w głębokim poważaniu prawa człowieka.
Obecnie jesteśmy członkami cywilizacji zachodniej. Dumnymi. Jak cholera. A nawet, jak dwie. I chyba jesteśmy w stanie dać wszystko za to, aby za nich uchodzić. Nawet swoją niezawisłość. Bo przecież, gdy USA rozpętywały kampanię przeciwko Afganistanowi czy Irakowi, społeczeństwo nasze było przeciwko, a nasze Państwo i tak się zaangażowało. Prawda jest taka, że decyzje te nam nie przyniosły żadnych korzyści - nawet pośrednich - ale USA jak najbardziej. Społeczeństwo polskie - głównie ta jego części popierająca rządzących z pewnej opcji politycznej - niedługo przecież wciąż po transformacji ustrojowej, jest wciąż bardzo naiwne i wierzy święcie w to, że innymi kieruje dobra wola. Społeczeństwa bardziej doświadczone, jak Niemcy czy Francja, widzą jasno chęć ogólnoświatowej domininacji USA. Ale przeciwstawić się nie mogą. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej są, jak to określił zdaje się Brzeziński, "mocarstwem bez rywali" i dzięki temu są w stanie przeforsować każdą decyzję przynoszącą im zysk - czy to na forum NATO czy ONZ. Francja, Niemcy i inni "świadomi" mogą sobie protestować, szemrać, wymieniać noty dyplomatyczne, ale USA i tak będą respektować to, co im nie będzie zawadzać. A poza tym USA mają misję. Tę kreowaną na wiele rodzajów, tę zbawiającą świat.
Terroryzm, obok AIDS, kosmitów i dziury ozonowej, jest jednym z zagrożeń, przed którymi ludzkość obronić mogą jedynie USA. Jednak dziura ozonowa czy AIDS to pewne naukowe fakty, terroryzm to natomiast frazes, w który wrzucić można wszystko, co osłobia pozycję USA w świecie. Kto wie, jak wysoeki byłby ceny ropy, gdyby nie inwazje USA na polach naftowych. Ponoć CIA miała informacje o braku broni masowego rażenia w Iraku przed inwazją. Ale co tam, atakujemy.
Jednak nie chodzi tylko o ropę. Chodzi o coś znacznie więcej. 3/4 megakorporacji, które obecne są w całym tzw. "cywilizowanym" świecie, to korporacje wywodzące się z USA i tam w największej mierze płacące podatki. A USA dbają o swoich obywateli - to znaczy o tych, którzy dostarczają wysokich danin podatkowych. Ale rynki "cywilizowanego" świata już się skończyły. Pozostały państwa cywilizacji muzłmańskiej, chińskiej czy afrykańskiej. Trzeba tam szybko zanieść dobrą nowinę demokracji. Szybko, szybko. Dobrą nowinę demokracji wraz z McDonalsem, Microsoftem i imperium medialnym Ruperta Murdocha.
Stany Zjednoczone Ameryki Północnej walczą o rolę hegemona, o rolę państwa centralnego cywilizacji zachodniej i w walce tej pozwalają sobie np. na podejmowanie decyzji w imieniu jej całej bez konsultowania się z jej subcywilizacjami czy państwami do nich należacymi. Ale to nie wszystko. USA walczą również o rozszerzenie się samej cywilizacji. Zgodnie z prognozami Huntingtona już niedługo cywilizacje niezachodnie będą miały do wybory albo izolacjonizm albo przystąpienie do grona tych zachodnich. Autor ten przewiduje także, że możliwe będzie trzecie wyjście - zrównoważenie wpływów wszystkich cywilizacji - ale o tym później.
Dominacja kultury północnoamerykańskiej przekłada się na realne zyski liczone w miliardach dolarów. Ale, aby tę dominację utrzymać i rozszerzać jej zakres, należy łożyć nie mniejsze kwoty. Skonsolidowanie jakiejś grupy społecznej najłatwiej uzyskać, wyznaczając jej jakiś cel. Że taka strategia działa świetnie, zobaczyć można chociażby na przykładzie, jakże teraz na czasie, Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dlaczego jest to akcja tak skuteczna i w jeden dzień przynosząca więcej pieniędzy, niż, np., Caritas przez cały rok? Ano właśnie dlatego, że działa przez jeden dzień (widocznie, znacznie mniej widocznie dla społeczeństwa działa cały rok). Wyznacza wszystkim w niej uczestniczącym jasny cel - zebrać jak najwięcej kasy - i do tego daje swoisty "deadline". I dlatego tak świetnie działa. Strategię tą można przenieść jeden-do-jeden na poziom megastrukturalny. I to właśnie robią USA.
Walka z terroryzmem jest właśnie takim celem konsolidującym cywilizację zachodnią dookoła jej państwa centralnego, na jakie kreują się USA. Dzięki takiemu skonsolidowaniu uzyskują one podstawę do replikowania swojej kultury tak u partnerów, jak i u "zbawianych" społeczeństw, którym przynoszą "dobrą nowinę demokracji". Podobno w Tybecie jest McDonald.
Ale nieco o terroryzmie - podobnie, jak narkotyki - jest on także tworem samych USA. Gdyby nie agresywna polityka ekspansywna zmierzająca do przeszczepienia swojej kultury wraz z megakorporacjami na tereny "niezagospodarownych" dotąd przez "cywilizowany" zachód państw muzłmańskich oraz "przeszczepienia" z ich terenu na swój ropy, nie byłoby tak skrajnych reakcji fundamentalistycznych ugrupowań. Ktoś może podnieść argument, że to ZSRR stworzył Talibów, ale przecież stworzył ich po to, aby dywersjami przejąć Afganistan a nie atakować USA. Furię Al Kaidy spowodowała właśnie agresywna polityka "ukulturalniania" wschodu na amerykańską modłę przez USA i co do tego socjologowie się zgadzają. Podobne zdanie reprezentują też cytowani czasami nie-fundamentalistyczni duchowni świata Arabskiego.
Tak więc terroryzm, jako pojęcie typowo wirtualne, został zdefiniowany przez USA w warunkach załamywania się jego wpływu (za Huntingtonem), gdy to niezbędne dla utrzymania rozrastającej się maniery konsumpcji-dla-niej-samej prezentowanej przez większość obywateli USA oraz dla ciągłego napędzania koninktury konieczne stało się zapewnienie pracy i dolarów dla korporacji i megakorporacji amerykańskich - czy to producentów broni, amunicji, czy to najemników i firm oferujących "prywatne wojny" czy też McDonaldów i Microsoftów poszukujących na gwałt nowych rynków zbytu. Konieczne stało się rozpętanie machiny wojennej i ciągłe jej utrzymywanie. Jak to stwierdził Orwell - nie ważne jest, aby wygrać wojnę, lecz - aby ją prowadzić.
Obecnie w Iraku zostało mało kontyngentów wojskowych a kolejne państwa deklarują stopniowe wycofywanie swoich sił. Ale USA się nie martwią - na celowniku jest kolejny terrorysta - Ahmadineżad. Wojna będzie trwać. Musi. Znów za Orwellem - "Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła."
Jak już napisałem, Huntington daje cywilizacjom niezachodnim także optymalne wyjście z tej patowej sytuacji - zrównoważenie wpływów cywilizacji. Ale obecnie taki scenariusz jest niemożliwy do zrealizowania, bo przecież globalna dominacja USA jest niezbędna. Złożoność problemu świetnie rozumie Ron Paul, którego rewolucyjny program głosi bardzo postępowe - z punktu widzenia międzycywilizacyjnego porozumienia - tezy, jak np. natychmiastowe zaprzestanie wojen prowadzonych przez USA pod fiszką "walki z terroryzmem" czy "przynoszenia dobrej nowiny demokracji". Sam Ron Paul wydaje się być świadomym genezy terroryzmu czy też narkotykowej plagi i sposoby, którymi chciałby walczyć z tymi zjawiskami - tj. brak agresywności - z pewnością przyniosłyby znacznie lepszy rezulatat, niż kolejne 50 miliardów dolarów wydanych na wojnę w Iraku.
Świat stał na krawędzi przepaści a Bush wepchnął go na kruchy pomost ze spróchaniłego drewna. Jedynym ratunkiem byłaby wygrana Rona Paula i przeprowadzenie jego koncepcji, ale tak się raczej - niestety - nie stanie.
To pierwszy mój taki długi artykuł (choć pomysłów mam wiele). Wszelkie uwagi mile widziane. Ale jedynie merytoryczne.