O wolności.

I

Wolność kojarzy się zazwyczaj z możliwością robienia tego, na co się ma ochotę. Popularne dosyć (tak na pierwszy rzut oka) jest twierdzenie: "nie jestem wolny, bo nie mogę robić wszystkiego". Bazując na takim rozumieniu mówimy, że nasza wolność jest ograniczona, bo - na przykład - nie możemy powiedzieć, że jakiś polityk jest niewykształcony albo też nie możemy ściągnąć jakiegoś utworu z internetu (co de facto jest zgodne z polskim prawem, jednakże penalizowane przez służby niezgodnie z polskim prawem).

Wśród wielu "modeli" wolności, jakie tworzyli myśliciele społeczni (o wiele przecież bardziej doświadczeni od nas samych) są podobne temu myśleniu, ale też inne, które ujmują wolność na inne sposoby.

Wolność - jako coś, co nam przysługuje i jest częścią nas - może objawiać się poprzez myślenie i poprzez robienie. Generalnie wszystko można zakwalifikować do którejś z tych dwóch kategorii - albo myśli albo czyny. Chcielibyśmy, aby było tak, że co pomyślimy to zrobimy. Pomyślimy sobie, że "ten obok" to nas "wkurza" swoim "krzywym" patrzeniem na nas i że najchętniej "popatrzylibyśmy" na niego "krzywo" naszą pięścią i chcielibyśmy to zrobić. Taki nasz idealny "model" wolności.

Systemy totalitarne, w których mamy do czynienia z przemocą symboliczną mają zdolność i możliwość dyktowania nam, co mamy myśleć. Mogłoby się wydawać, że człowiek świadomy swojej wolności i niezależności zawsze będzie mógł myśleć, co będzie sam chciał i nie będzie poddawać się takiej przemocy ani dyktowaniu mu treści, które ma myśleć. Ale można mu przecież "powiedzieć", co on chce myśleć. Wtedy pozory wolności zostaną zachowane. Dlatego też - pod względem rozpatrywania wolności - możemy traktować systemy totalitarne i demokratyczne tak samo. (Po ponownym przeczytaniu tekstu mam wrażenie, że kwestіa ta nie jest do końca wyjaśniona. Chodzi o to, że - bez względu na to, w jakim systemie żyjemy - uważamy, że nasze myśli i słowa są kreowane tylko przez nas samych i że pochodzą od nas. Oczywiście celem przemocy symbolicznej jest wpojenie nam, że nasze myśli pochodzą od nas gdy tak na prawdę są "wstrzykiwane" w naszą świadomość poprzez odpowiednio dobrane socjotechniki (wiele tutaj do powiedzenia może mieć nie tyle sama socjologia, co również memetyka; chodzi nie tylko o konstruowanie informacji, które "wpuszczane" są w społeczeństwo na bazie zasad przemocy symbolicznej i interakcjonizmu sybolicznego, ale też o samoistne życie tych informacji, do którego następnie dochodzi - o rozwijanie się ich w memetycznej wirusy umysłu). Jednak, gdy takie myśli zostaną nam już "wstrzyknięte", funkcjonujemy z nimi, jakby były nasze. Dlatego - pod tym względem! - brak różnic w rozważaniu wolności w ładach totalitarnym i demokratycznym.)

Gdy mówimy, że wolność to możliwość robienia wszystkiego, co sobie pomyślimy - jest to psychologistyczne ujmowanie wolności. Jednak pojęcie to (a właściwie jego treść) jest wielowymiarowe - możemy je także ujmować jako kategorię społeczną.

Treść wolności nie jest determinowana tylko przez nasze własne jej ujmowanie, nasze własne "pragnienia". Człowiek to przecież homo politicus - istota społeczna (tak, społeczna, ponieważ polіticus pochodzi od polis i to od tego terminu mamy obecnie powiedzenie: "człowiek jest istotą społeczną"), zatem wszelkie jego działania muszą być rozpatrywane w kontekście społecznym - wszystkie łącznie z wolnością.

W tym miejscu należy przedstawić kolejną kwestię - wolność jako działanie. W przedstawionym wyżej "pospolitym" rozumieniu wolność nie jest procesem-działaniem ale jest ujmowana jako pewien stan - właśnie taki stan, kiedy to człowiek się w nim znajdujący może robić wszystko, co sobie pomyśli. Jednakże w społecznym rozumieniu wolność nie może być stanem, ponieważ oznaczałoby to, że społeczeństwo stan ten definiujące jest statyczne, nie zmienia się, natomiast dla celów wyjaśnienia wolności przyjmuję powszechnie wyznawaną przez myślicili zasadę, że społeczeństwo jest dynamiczne, rozwija się, zmienia się. W skrajnych przypadach teza ta przybiera formę stwierdzenia, że samo społeczeństwo jest procesem, jednak ja tak daleko chyba nie idę.

II

Wolność jako kategoria społeczna ma zupełnie inny wydźwięk, niż w psychologistycznym jej pojmowaniu. Jak już wyżej powiedziałem, wolność ujmowana społecznie jest procesem. Jako taki proces, zależy ona od kształtu samego społeczeństwa, od stanu jego rozwoju i od tego, co się w społeczeństwie w danej chwili dzieje. Tak więc wolność staje się w każdej chwili, gdy jest w jakiś sposób poruszana - czy to w luźnej rozmowie, czy to w rozprawie sądowej, czy w tekście takim, jak ten czy w końcu w konkretnym działaniu człowieka.

Oczywiście ramy prawne wolności są ściśle określone i w rozumowaniu prawniczym wolność nie jest ani procesem ani stanem - jest pewną konstrukcją, na którą składają się przepisy. Być może właśnie z takiego pojmowania wywodzi się myślenie o wolności, jakie przedstawiłem w pierwszym rodziale. Jednak rzeczywistość społeczna jest bardziej skomplikowana niż nawet najbardziej złożone reguły prawne.

Gdy mówię, że wolność jest procesem i że /staje się/, mam na myśli to, że w różnych sytuacjach naszego życia, w różnych okolicznościach dnia codziennego jesteśmy skłonni nieco inaczej pojmować wolność. Jednak nie da się żadnej z tych "dynamicznych" definicji opierać na zupełnie innych podstawach - zawsze są jakieś wspólne elementy, coś, co łączy wszystkie możliwości pojmowania wolności i tworzy coś na kształt metawolności ogarniającej wszystkie jej formy. Właśnie tym czymś chciałbym się zająć dokładniej.

III

Społeczeństwo określa w pełni to, kim jesteśmy (co dobitnie pokazali w swojej pracy "Społeczne kreowanie rzeczywistości" Berger i Luckman), ale wyjątkową trudność sprawia nam wyzbycie się rozumowania o wolności jako o stanie, gdy możemy robić wszystko. Gdyby jednak udało się to, zobaczylibyśmy, że rozpatrywanie tego, co kryje się pod pojęciem "wolność" w kategoriach społecznych ułatwiłoby nam życie i (nie boję się tego powiedzieć) poprawiłoby świat.

Po raz kolejny muszę nawiązać do prawa. Jego zasady formalne występujące w kodeksach to zazwyczaj zakazy. Na pierwszy rzut oka (i w powszechnym rozumieniu) ograniczają one naszą wolność nie pozwalając na określone działania. Nie pozwalają, zatem człowiek nie może już robić wszystkiego zatem, zgodnie z takim rozumowaniem, człowiek nie jest wolny. Właśnie to zdają się podkreślać anarchiści, jednak w myśleniu niektórych (mam tu na myśli świetnego teoretyka anarchizmu, profesora Rothbarda) daje się zauwżyć pociąg do definiowania wolności w oparciu o prawa pomimo ich nieistnienia w postulowanym ustroju społecznym. Profesor jednak rozpatruje idealną społeczność anarchistyczną, która, w gruncie rzeczy u swych podstaw ma społeczeństwo obywatelskie (sic!). Jeśli przyjmiemy podobnie, jak profesor, że takie społeczeństwo może istnieć, to równie dobrze możemy sprawę rozpatrywać podobnie na gruncie społeczności narodowo-obywatelskiej - zatem związanej przez organizację polityczną, którą jest zinstytujonalizowane państwo - a nie anarchisticzno-obywatelskiej. Profesor Rothbard dużą wagę w kontekście poprawnego funkcjonowania systemu przezeń stworzonego przywiązuje do poszanowania prawa (co jest jedną z podstaw społeczeństwa obywatelskiego), jednak w jego systemie prawo to nie musi być zinstytucjonalizowane, tak więc granice wolności pojmowanej społecznie mogą być u niego jeszcze bardziej płynne. Jednak wydaje mi się, że "podstawa" jest podobna.

W społeczeństwie posiadającym zinstytucjonalizowane prawo wolność jest wynikiem demokratycznego ustanawiania prawa.

Jednak pojmowanie wolności w sposób jednowymiarowy - prawo mnie ogranicza, więc nie jestem wolny - jest błędem. W istocie prawo zapewnia nam wolność podobnie, jak w modelu anarchistycznego ładu społecznego Rothabarda wolność jest zapewniania przez nieistnienie zinstytucjonalizowanego prawa. Różnica polega na tym, że w ładzie demokratycznym ustalamy "wspólnie" zinstytucjonalizowane prawo, które następnie obowiązuje wszystkich natomiast w ładzie anarchistycznym nie ustalamy zinstytucjonalizowanego prawa a samo prawo pojmujemy jako proces, który zależy od stron, które chcą dochodzić ѕwoich racji. Jak chyba łatwo zauważyć - ład anarchistyczny wymaga od społeczeństwa większej dyscypliny - ba! wymaga większej samodyscypliny od każdego członka takiego społeczeńśtwa. W ładzie demokratycznym dyscyplina zapewniana jest właśnie poprzez instytucjonalizację.

Nie można jednak powiedzieć, że przez to w społeczeństwach demokratycznym mamy mniejszą (czy bardziej ograniczoną) wolność, ponieważ sam proces "wolnościowy" wygląda tak samo.

IV

Wolność to proces, zatem nie można wolności zdefiniować "absolutnie", bez odwoływania się do kontekstu, w jakim ma być ona "aplikowana". Wolność staje się w każdej chwili, gdy jej się wymaga. Ja w tym tekście proponuję rekursywną definicję wolności, która ukazuje jej społeczny charakter i jej /stawanie się/: Wolność to możliwość robienia tego, co nie ograniczna wolności innych. Co ważne w tej definicji to to, że wolność pojmowana jest tutaj z perspektywy całego systemu społecznego nie natomiast z perspektywy indywidualnej czy - co gorsza - z perspekyw indywidualnych; taka sama wolność przysługuje każdemu, kto wyraża wolność za pomocą tej definicji, zatem "wolność jako możliwość" i "wolność innych" to de facto ta sama wolność. A co mogłoby ogranicznyć wolność innych - komunikuje nam właśnie prawo. I nie ważne jest tutaj, czy prawo jako instytucja społeczna czy prawo jako proces stawania się - w obu wypadkach prawo to jest kluczowe i musimy mu się - w ostateczności - podporządkować, aby mieć do czynienia z wolnością.

Prawo zinstytucjonalizowane mówi nam na przykład, że nie można zabić drugiego człowieka. W powszechnym rozumieniu ogranicza zatem wolność, jednak co by się stało, gdyby znieść takie prawo? Okazałoby się, że można zabijać innych ludzi. Sami zatem moglibyśmy stać się w każdej chwili ofiarami morderstwa. A to - bycie ofiarą morderstwa, a zatem bycie martwym - niewątpliwie ograniczyłoby naszą wolność, bo nie moglibyśmy robić niczego łącznie z zabiciem kogoś. Zatem nie bylibyśmy wcale bardziej wolni dzięki zniesieniu prawa, które - na pierwszy rzut oka - naszą wolność ograniczało.

Prawo zatem - dobrze skonstruowane przy udziale wszystkich członków społeczności - nie tylko nie ogranicza naszej wolności, ale ją zapewnia (sic!). Bo, gdy mamy prawo zabraniające zabijać, możemy żyć, a więc realizować wolność. Nie możemy zabijać, ale nie jest to ograniczenie wolności, bo wolnym można być tylko nie będąc zabitym. Podobnie sprawa ma się np. z kradzieżami. Możemy dysponować przedmiotami, które do nas należą (pomijam tutaj spór o istotność istnienia własności prywatnej) tylko wtedy, gdy będziemy mieć pewność, że w następnej minucie będą one do nas nadal należeć. Jeśliby można było kraść, to dysponowanie czymkolwiek byłoby niemożliwe, bo pozbawione skutków w czasie a jedynie ograniczone do chwili obecnej. Prawo zabraniające kradzieży zapewnia nam, że to, co zrobimy z dowolną rzeczą do nas należącą będzie miało skutki w czasie - skutki społeczne. Domu nam nie zburzą a chleba nie ukradną.

V

Niezrozumiałe ѕą dla mnie twierdzenia mówiące, że "wolność wymuszona to nie wolność". Przede wszystkim, gdy przyjrzeć się bliżej, nie można uchwycić czegoś takiego, jak "wolność wymuszona". Jednakże to tylko ucieczka semantyczna, ponieważ wiem, co mają na myśli używający tego pojęcia.

"Wolność wymuszona" (używam tego pustego pojęcia, aby dotrzeć do adwersarzy) jest w przedstawionym przeze mnie wyżej ujęciu właśnie "prawdziwym" rodzajem wolności (nie podzieliłem wolności na "prawdziwą" i "nieprawdziwą", mam na myśli jedyny istniejący rodzaj wolności, ale znów - przystosowuję swój aparat pojęciowy), bo dzięki temu swoistemu "wymuszeniu" jest ona gwarantowana dla każdego i zawsze. "Wymuszenie" wolności poprzez prawo zapewnia, że w przyszłości będzie możliwy proces "wolnościowy" oparty na zasadach przyjętych w prawie i że wolność będzie dostępna dla wszystkich.

Natomiast "wolność" oparta na zasadzie "rób, co chcesz" sama się zakłamuje i sama się ograniczna, ponieważ - w skrajnym przypadku - może stwierdzić: "skoro mogę robić, co chcę, to zredefiniuję sobie wolność!".

Wolność jako proces pojmowana społeczenie nie może być zredefiniowana, ponieważ jest redefiniowana w każdej chwili, staje się. Jednym stałym jej komponentem jest wzorzec metawolności jako robienia tego, co nie ogranicza wolności innych. Zatem tak pojmowana wolność wolna jest (so to speak) od samozakłamania i samoograniczania.

VI

Proponowana przeze mnie procesualna i rekursywna definicja wolności zdaje się być samoistną, ale - jak już dałem do zrozumienia parę razy - taką nie jest, ponieważ wymaga, aby coś powiedziało, co właściwie stanowić może ograniczenie wolności innych. Tym czymś jest (w moim ujęciu) oczywiście prawo, co uważny czytelnik sam zauważył w moim wywodzie.

Sama definicja i to, co o niej napisałem do tej pory może sprawiać wrażenie antyindywidualistyczne, jednak іstotą prawidłowego pojmowania tej definicji i całej przedstawianej przeze mnie koncepcji jest indywidualistyczny punkt widzenia. Jednakże wzbogacony; mam na myśli nie psychologistycznie rozumiany indywidualizm, lecz indywidualizm "uszlachetniony" jakoby elementami społecznymi. Ale po kolei.

Wolność jako możliwość robienia tego, co nie ogranicza wolności innych zawiera dwa składniki - "wolność jako możliwość" i "wolność innych". Powyżej zaznaczyłem już, iż to ujęcie wymaga wyzbycia się indywidualnego rozumienia wolności i dlatego oba te składniki to tak właściwie ta sama wolność. Diabeł jednak tkwi w szczegółach - należy odróżnić rozumienie wolności jako pojęcia i rozumienie wolności jako treści tego pojęcia. Jak już wspomniałem, niemożliwe jest "absolutne" zdefiniowanie wolności - przytoczona definicja jest tylko definicją ramową, pewną formą, w którą możemy wpasowywać treści powstające w interakcjach. Niezależnie jednak od tego, jakie treści wytworzą dane interakcje, wpasowujemy je zawsze w tę samą formę. Tak więc "wolność jako możliwość" i "wolność innych" wpisujemy w to samo pojęcie - wolność oparta na definicji. Jednakże treści mogą być różne.

Rozważanie wolności na poziomie hermeneutycznym sprawia, że koncepcja ta opiera się na indywidualizmie - to dzięki niemu treści zawsze są inne i zależą od warunków - prawa i sytuacji społecznych. Ale też koncepcja jest "wzbogacona" o element społeczny - mamy pewną stałą definicję, w obrębie której nie ma znaczenia, na jakim miejscu jesteśmy, ponieważ obie istniejące w niej "wolności" są tym samym - zatem definicja ta jest intersubiektywnie komunikowalna i intersubiektywnie weryfikowalna. Intersubiektywność to podstawa funkcjonowania świata procesów i interakcji społecznych. Dzięki istnieniu intersubiektywnej komunikowalności mamy aparat, który pozwala nam zapoznać innych z naszą definicją wolności w sposób uniwersalny, bez odwoływania się do konkretnych sytuacji i bez stawiania się w określonym miejscu. Natomiast dzięki istnieniu intersubiektywnej weryfikowalności mamy pewność, że wszyscy rozumiemy definicję tak samo i mamy możliwość wyjaśniania nieporozumień co do niej samej.

Zatem, pomimo ujęcia wolności z poziomy całego społeczeństwa, otrzymujemy definicję, która pozostawia szeroki obszar dla właśnie tego dziania się wolności jako procesu. Wolność dzieje się, staje się w każdej chwili, ale staje się w obrębie definicji i to pozwala nam ująć ją w ramy i przedstawić właśnie jako wolność. Dostajemy wzorzec, do którego możemy przyrównywać interakcje i opisywać je w kategoriach wolności.

Wolność istnieje jako proces - jej treść jest w pełni zależna od nas - uczestników wolności - ale samo jej istnienie jest już zupełnie niezależne. Forma jej, pojęcie i jego definicja leżą poza zasięgiem podmiotów, poza zasięgiem aktorów tej wolności i dzięki temu jest ona uniwersalna. I nie do odebrania.

VII

Wydawać by się mogło, że wizja społeczeństwa istniejącego bez instytucji - bez państwa czy prawa - jest wizją utopijną.

Wróćmy na chwilę do rozpatrywania wolności w społeczeństwa narodowo-obywatelskich i anarchistyczno-obywatelskich. Wolność w tych pierwszych zależy ściśle od zinstytucjonalizowanego prawa, które określa, gdzie zaczyna się ograniczanie wolności innych. Przestrzeganie prawa jest, jak już wykazałem, w takich sytuacjach gwarantem wolności. Natomiast w tych drugich społeczeństwa wolność procesualna zależy nie od prawa zinstytucjonalizowanego, ale od prawa również procesualnego. Prawa obowiązujące między aktorami wolności są ustalane przez tych aktorów w tej-danej chwili i na tej podstawie określane są ramy i zapewnienia wolności.

Pomyślmy sobie przez chwilę, co jest łatwiejsze do osiągnięcia - społeczeństwo, w którym można w konsekwentny i budujący sposób ustalać zinstytucjonalizowane prawa dotyczące wszystkich, wszystkim odpowiadające i przez wszystkich akceptowane czy społeczeństwo, w którym każdy może ustalać prawo, któremu ma podlegać, bezpośrednio i samemu wybierać kompromisy umożliwiające mu życie w wolności?

Czy wciąż wydaje się, że wizja społeczeństwa anarchistyczno-obywatelskiego jest taką utopią? Istniejący w takim społeczeństwie człowiek podlega znacznie większej samodyscyplinie, ale też dzięki temu ma większą świadomość swojej wolności - a zatem też wolności innych. Nieistnienie prawa instytucjonalnego nie jest przyczyną powstania społeczeństwa anarchistyczno-obywatelskiego; nieistnienie prawa zinstytucjonalizowanego jest efektem rozwoju w społeczeństwie narodowo-obywatelskim poczucia świadomości wolności swojej i innych i powiązanej z nim samodyscypliny względem przestrzegania zasad wolności w takim stopniu, który prowadzi do zaniku potrzeby istnienia prawa zintytucjonalizowanego.

VIII

Rozpatrując sytuację z punktu widzenia członka społeczeństwa nie można powiedzieć, że przy istnieniu państwa wolność jest gorsza jakościowo od wolności przy nieistnieniu państwa, ale porównując same społeczeństwa z perspektywy zewnętrznej (zakładając, że w ogóle jest to możliwe) widzimy, że wolność jest nie tyle lepsza, co silniejsza i ma większe szasne, gdy wspiera się na samoświadomości zakotwiczonej w samym podmiocie a nie na świadomości zapośrednioczonej w prawach i istniejącej w podmiocie poprzez te prawa.